Migranci chowają się w lesie przy granicy z Polską w cienkim swetrze. I płacze. Miejscowi robią co w ich mocy

Powiedział, że białoruski dyktator Aleksander Łukaszenko coraz częściej wysyła migrantów na wschodnie granice UE w odwecie za sankcje wobec Białorusi. Polska stara się blokować migrację. Rząd zakazał dziennikarzom z regionu, którzy mogliby relacjonować okropną sytuację, ostrzega telewizja ZDF. Podobnie nie powinno tam być organizacji humanitarnych, które chcą pomóc migrantom w trudnych sytuacjach.

Stosunkowo niewielu ludzi żyje na 400-kilometrowej granicy, pośród głębokich lasów i bagien, w pasie o szerokości trzech kilometrów. Ale wystarczy, by świadczyć o tym, co się tam naprawdę dzieje.

Serwer Tagesschau skontaktował się z Dorotą ze wsi Białowieża. Według niej sytuacja jest niepokojąca.. „Mogę tylko powiedzieć, że to okropne. Chodząc po naszym otoczeniu, wszędzie widzę tylko wojsko i policję, poza tym jest pusto. Wojny nie widziałem, ale jest tak, jak sobie wyobrażam”. powiedziała Tagesschau przez telefon.

Ludzie chowają się w lesie

Dorota, jak wielu w okolicy, żyje z turystyki, ale obecnie jest bezrobotna. Państwo polskie pomaga firmom, które musiały zostać zamknięte z powodu stanu wyjątkowego, ale Dorota mówi: „Nie chcę prezentów, chcę pracować”. Oprócz obaw o własną przyszłość istnieje też obawa przed obcymi ukrywającymi się w okolicznych lasach przed władzami i szukającymi drogi na zachód.

„Jeżdżę drogą przecinającą park przyrody, a policja i straż graniczna dwa razy dziennie sprawdzają, czy noszę uchodźców w walizce. Uśmiecham się i mówię „nie”, ale czasem myślę sobie: a co jeśli? lubię im pomagać, zabierać ich gdzieś, dawać im jedzenie i ubrania” powiedziała Dorota, która współczuje ich sytuacji.

Wielu mieszkańców jest przykro i chce pomóc – w przeciwieństwie do 2015 roku, kiedy migracja była tylko odległym tematem medialnym, tym razem są potrzebni w pogotowiu. Mieszkaniec granicy, Mirosław Miniszewski, powiedział Radiu Nowy Świat, że nie używa już słowa „uchodźca”. „Nie uciekają, zostają tutaj, są ludźmi”. Kontynuuje: „Kiedy pójdę do lasu i spotkam mężczyznę w cienkim swetrze, który chodzi tam od trzech dni i zaczyna krzyczeć ze strachu, prawie mnie nie zobaczy, powiem mu, że jest ze mną bezpieczny . Potem mnie przytula i płacze przez 20 minut. Nigdy czegoś takiego nie widziałem”.

Te słowa potwierdza również lekarz, który pomaga na granicy. „Widziałem wiele, ale nie taką katastrofę humanitarną. Tyle osób w hipotermii, zmęczonych i głodnych. Siedzi w lesie i prosi o pomoc” wskazane dla telewizji ZDF lekarz, który chciał pozostać anonimowy.

Mieszkańcy pogranicza wiedzą, że reżim na sąsiedniej Białorusi ma swoje palce w tej brudnej grze, ale ci, którzy staną w obliczu specyficznego losu tych ludzi, nie pozostaną obojętni, jak Julita ze wsi Stare Masiewo: „To wojna hybrydowa. Jednak to, co robią, jest złe. Powstaje jednak pytanie, czy my też powinniśmy zachowywać się tak okropnie”.

Wieś, w której mieszka, znajduje się zaledwie kilkaset metrów od granicy; migranci już pukali do jego drzwi. Julita dała im ciepłe skarpetki, jedzenie, wodę, a potem jako praworządna obywatelka zawiadomiła straż graniczną. Niekomfortowo, bo zazwyczaj ci ludzie są spychani z powrotem do strefy przygranicznej, gdzie utknęli. „Chcę płakać, bo wiem, że tak”.

Poseł RP Franek Sterczewski przybył do regionu, aby rozdawać uchodźcom lekarstwa, korzystając ze swojego immunitetu parlamentarnego.

Jacek Tacik z prywatnej telewizji TVN spotkał Syryjczyka Hamzę w jordańskim obozie dla uchodźców. Po ośmiu latach Hamza postanowił wyjechać do Niemiec. Ale teraz utknął na granicy, trzykrotnie przepychany z jednego kraju do drugiego, powiedział swojemu polskiemu przyjacielowi.

Stacja wyemitowała to wezwanie: „Bez wody, bez jedzenia, chyba nie jadłem ani nie piłem przez 24 godziny. Nie chcę tutaj umierać, Jack, nie chcę tutaj umierać”. To rodzaj meczu pomiędzy drużynami Białorusi i Polski. Karetka Lekarzy przy granicy jest dziesięć kilometrów od granicy, w pełni wyposażona w sprzęt ratujący życie i leki. Jednak polscy pogranicznicy odmawiają wpuszczenia wolontariuszy, więc nie otrzymają pomocy – podsumowuje Tagesschau.

Milton Harris

„Ninja z ekstremalnych podróży. Pisarz. Bezkompromisowy praktyk zombie. Fanatyk popkultury. Student”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.