KOMENTARZ: Na polskiej granicy jest wojna, a nie kryzys migracyjny – Milan Mikulecký

Zaczęło się stosunkowo niewinnie. Migranci korzystali w przeszłości z granic Litwy i Łotwy, aby dotrzeć do upragnionych Niemiec, ale w liczbach, które są dalekie od fal inwazji, których doświadczamy w Grecji, Włoszech czy Hiszpanii.

Punkt zwrotny nastąpił w sierpniu br., kiedy tysiące nielegalnych migrantów rozpoczęło przekraczanie granicy lądowej transportem lotniczym zorganizowanym przez reżim prezydenta Łukaszenki.

Na początku sierpnia i września kraje bałtyckie straciły cierpliwość i najpierw Litwa, potem Łotwa, zaczęły zabezpieczać granice, w tym płot. Napływ migrantów skierował się więc w stronę polskiej granicy, a kiedy mówię przepływ, to trzeba przyznać, że jest to przepływ kontrolowany.

Wystarczy spojrzeć na mapę i dla laika powinno być jasne, że Białoruś nie znajduje się na żadnym naturalnym szlaku migracji z Afryki, Azji czy Bliskiego Wschodu.

Podobnie represyjne elementy reżimu dyktatora Łukaszenki są sprawne i profesjonalne, potrafiące zapewnić, że nic nie wydarzy się w kraju bez wiedzy agresora Łukaszenki, o czym mogłaby powiedzieć brutalnie rozproszona białoruska opozycja.

Nie jest też tajemnicą, że Białoruś dosłownie zwabiła migrantów do określonych krajów, aby przejść przez jej terytorium.

Poprzez uproszczenie procesu uzyskiwania wiz turystycznych, zwiększenie przepustowości linii lotniczych i dosłownie organizowanie wycieczek z krajów pochodzenia do granic Unii Europejskiej.

Jeśli chcemy znaleźć rozwiązanie, musimy wymienić jego przyczyny i nazwać je bez politycznie poprawnych przymiotników. To, co dziś oglądamy na żywo z polskiej granicy, nie jest kryzysem migracyjnym czy uchodźczym.

Niektórzy nazywają to wojną hybrydową. Ale myślę, że to wojna. Wojna w fazie uderzania i znajdowania słabych punktów wroga. My, mieszkańcy Europy Zachodniej, jesteśmy przeciwnikami. I na pewno nie jest to wojna, której chcemy.

Żadna normalna osoba nie chce wojny. Problem w tym, że nie jesteśmy w stanie walczyć, nawet jeśli chodzi o naszą przyszłość.

Zacznę od narzędzia używanego w obecnym konflikcie, migrantów. Zdecydowana większość ludzi próbujących przemycić do Europy polskich żołnierzy i policję pochodzi z kurdyjskich regionów Iraku.

Z pewnością zgodzimy się, że są to ludzie w trudnej sytuacji życiowej, że nikt z nas dobrowolnie nie przeniósłby się do tej części świata, którą dzisiaj opuszczamy.

Chociaż sam byłem ostatnio w irackim Kurdystanie pod koniec 2016 roku, nadal utrzymuję kontakt z wieloma miejscowymi. W ciągu tych pięciu lat sytuacja niewiele się poprawiła, ale nie pogorszyła się.

Setki migrantów zgromadziło się po białoruskiej stronie przejścia granicznego Bruzgi-Kuźnice do Polski.

Zdjęcie: Belta, Reuters

Tak więc rozmowa o uchodźcach lub uchodźcach w tym kontekście ma tylko jeden cel. Użyj szantażu emocjonalnego, aby zaostrzyć debatę na temat migrantów na dwie odrębne grupy, a jeszcze bardziej, aby podzielić i tak już rozdrobnione społeczeństwo Unii Europejskiej.

Z pewnością w tym biznesie, dzięki oderwaniu naszych elit od rzeczywistości, sami sobie poradzimy. A jeśli ktoś z zewnątrz chce nas podzielić, wystarczy, że „podtrzyma ogień”.

A zatem przypisywanie migrantów jako czegoś, co już dzieli społeczeństwo w dzisiejszym dyskursie społecznym i ma potencjał, aby doprowadzić do jego całkowitego zniszczenia w przyszłości.

Tyle o narzędziu, które jest używane przeciwko nam. Teraz trochę o tym, kto to kontroluje; i tutaj sytuacja nie jest już taka jasna.

Tutaj muszę sobie pozwolić na historyczny objazd, bo historia ludzkości i tak mniej więcej się powtarza. Tylko z innymi ludźmi, scenerią i łącznie z liczbą ofiar.

Podczas gorącej wiosny 1940 roku podczas Blitzkriegu wszyscy byli zaskoczeni szybkim posuwaniem się niemieckiego Wehrmachtu przez Francję i kraje Beneluksu.

Zwłaszcza ci z obowiązkami, alianccy stratedzy wojskowi, nie rozumieli, dlaczego Niemcy nie walczyli tak, jak się po nich spodziewali, tak jak podczas I wojny światowej.

Jednocześnie wystarczyło, wystarczyło, by przeczytać. I to nie w raportach tajnych agentów, ale w ogólnodostępnej literaturze.

Heinz Guderian, twórca udanej taktyki manewrów czołgów i ich eskorty zmotoryzowanej, nie ukrywał swoich poglądów, publikował je szeroko, a w 1937 r. opublikował je nawet w książkach.

Niestety niewiele osób na Zachodzie czytało książkę „Achtung – Panzer!” Mam wrażenie, że jesteśmy dzisiaj w takiej samej sytuacji. Ci, którzy postrzegają nas jako swoich przeciwników, regularnie publikują swoje przemyślenia na temat obecnych i przyszłych konfliktów.

Niewielu zwraca na to uwagę. Aby zrozumieć dzisiejsze wydarzenia na granicy z Białorusią, zdecydowanie polecam lekturę tekstów Walerego Wasiljewicza Gierasimowa, obecnie szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej i pierwszego wiceministra obrony.

Dziś Gierasimow jest uważany za pierwszego widocznego zwolennika wojny hybrydowej we współczesnej historii Rosji. Celowo podkreślam to, co widoczne, bo poszczególne elementy wojny hybrydowej nie są niczym nowym, nowym, innowacyjnym jest ich wykorzystanie w całości.

Przecież rosyjskie siły zbrojne wypróbowały w praktyce tę metodę działania już w 2014 roku podczas okupacji Krymu.

W Wojnie Hybrydowej wróg nie ma pojęcia, że ​​już uczestniczy w wojnie, najlepiej uświadamia sobie swoje istnienie dopiero po pokonaniu. Ważnym elementem wojny hybrydowej są operacje psychologiczne, których zadaniem jest sparaliżowanie woli oporu wroga.

Po pierwsze, zbyt późno nie postrzegać zagrożenia jako niebezpieczeństwa, a po drugie, pogodzić się z faktem, że jest to dane, z którym nie mamy innego wyboru, jak tylko pogodzić się.

Masowa nielegalna migracja jest czymś, co dzieli społeczeństwo na dwa odrębne obozy, jest czymś, co niszczy spójność społeczeństwa w krajach docelowych i, co nie mniej ważne, brutalnie wyczerpuje kraje docelowe pod względem ekonomicznym i bezpieczeństwa.

Należy podkreślić, że to nie Walerij Wasiljewicz wynalazł wojnę hybrydową, jej ramy zostały opisane w wielu krajach w przeszłości, w tym w Chinach i Stanach Zjednoczonych.

W jego prezentacji można jednak zaobserwować przejście od pracy teoretycznej do praktyki w całej jej złożoności. Na nieszczęście dla Zachodu nawet sam projekt zwykle mu się sprawdza.

Innym, któremu, przynajmniej na początku, odpowiadała cała sytuacja, jest białoruski przywódca Łukaszenka.

Inaczej niż w 2015 roku, kiedy moderował negocjacje między Ukrainą a renegatami z Doniecka i Ługańska z zewnątrz i kiedy para Merkel-Holland utworzyła wokół niego rozjemcę, po przegranych wyborach i późniejszym stłumieniu opozycji stał się pariasem Europy. nocny.

Z jego punktu widzenia transport migrantów na granice musiał wydawać się dobrym pomysłem.

Angela Merkel i Aleksander Łukaszenko na spotkaniu w Mińsku w 2015 roku.

Zdjęcie: Siergiej Grits, CTK/AP

Nie tylko zarobi na migrantach, ale także zagotuje się nad europejskimi politykami, którzy tak nagle go porzucili. I w końcu to on i tak zostanie poproszony o załatwienie wszystkiego.

Na szczęście dla nas spotkał Polaków z taką reprezentacją polityczną, że wciąż potrafią dostrzec znaczenie słów interes narodowy.

Co więcej, Polacy mają tę przewagę, że panuje większość konsensusu w sprawie nielegalnej migracji ludzi z niekompatybilnych kulturowo części świata, mimo że w wielu innych dziedzinach mają odmienne poglądy.

Jak się wydostać? Jak we wszystkich wojnach, najbardziej cierpią najsłabsi. Z jednej strony migranci, az drugiej członkowie polskich, litewskich i łotewskich sił bezpieczeństwa.

Otwarcie granic dla migrantów byłoby potwierdzeniem dla naszych przeciwników, że ich taktyka się sprawdza. Nie da się też długo patrzeć, jak ludzie zamarzają w przygranicznych lasach.

Mamy tu do czynienia z ostatnim instrumentem, na który Unia Europejska może się zgodzić i z którego regularnie korzysta, a mianowicie korupcją. W dłuższej perspektywie wysyłamy miliardy euro do różnych programów na całym świecie. Od stosunkowo umiarkowanego do terrorystycznego.

Nie jest problemem warunkowanie ich późniejszej wysyłki odebraniem ich obywateli z Białorusi; i my też możemy się do tego przyczynić. Nadal będzie dla nas tańszy niż napływ setek tysięcy ludzi, z którymi nie wiemy, czego się spodziewać.

Jednocześnie trzeba dać Łukaszence lekcję, żeby nie chciał powtarzać czegoś podobnego. Jednak sankcje wobec poszczególnych urzędników nie mogą być taką lekcją.

Powinna być ukierunkowana na jej gospodarkę, ale może zaszkodzić wielu zachodnioeuropejskim firmom, które mają zakłady produkcyjne na Białorusi. Przynajmniej mogliby pokazać, jak poważnie traktuje poparcie dla demokracji, różnorodności i mniejszości.

Jedna sprawa to odezwy na konferencjach i mentoring większości w mediach, a druga to, w kontekście zwiększania zysków, przenoszenie produkcji do krajów, w których tego nie obserwuje się.

No cóż, skromnie uważam, że ten pomysł nie przejdzie, bo mamy w Europie tak długą tradycję tuczenia i wzmacniania tych, którzy chcą skręcić nam karki.

kolejna filiżanka

Ciekawostki uchwycone przez redaktorów serwera Novinky.cz, na który nie ma już pudełka. Podcast o tym, co porusza lub porusza świat. Włącz inny kubek Podcasty.cz, Spotify Lub na Podcast Apple.

Milton Harris

„Ninja z ekstremalnych podróży. Pisarz. Bezkompromisowy praktyk zombie. Fanatyk popkultury. Student”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.