Miałem nawet subskrypcję konstruktora Modelist. W ZDŠ wszyscy musieliśmy prenumerować czasopismo po rosyjsku i od czasu do czasu publikować z niego artykuły, także po rosyjsku. Nie wiem, czy to była działalność naszej rosyjskiej córki, ale podobno były instrukcje z góry. Bardzo podobał mi się ten magazyn. Wszak w Czechosłowacji też nie mieliśmy różnych zachodnich gadżetów technicznych, takich jak skutery śnieżne czy riksze motorowe. Nie wspominając o różnych cudach elektronicznych. Ten magazyn był w porządku i był w większości apolityczny, to znaczy poza gloryfikacją sowieckiej technologii.
Modelarz
Kilka lat później, za Gorbaczowa, po raz pierwszy odwiedziłem „Sayuz”. Oficjalnie pod pojęciem „współpracy naukowo-technicznej” rozumiemy: transfer wiedzy o „zachodniej” technologii do partnerów „naukowych”. Pierwsze kroki, podczas pierwszego wolnego popołudnia w Moskwie, zaprowadziły mnie na emblematyczną wystawę „Dostizhenij naródnovo hozjajstva”. Imponujący. Przynajmniej wtedy, dziś są to głównie stragany z różnymi śmieciami. To wtedy doznałem szoku technicznego w tym wspaniałym wrażeniu pomiędzy modelami rakiet a używanymi skafandrami kosmicznymi słynnych kosmonautów. „Wow techniczne”, ale wiązki niektórych modułów zwrotnych były wiązane sznurkiem jak w przedwojennej centrali telefonicznej. To był chyba najbardziej niezawodny.
Nawet to mnie nie zniechęciło i nadal zamawiałem radzieckie mikroprocesory do swoich prac rozwojowych. Były to unikatowe kopie tych z Intelácka, ale w przeciwieństwie do tych, które Polytechna mogła dostarczać z „zachodu” lub tych, które zaczęto produkować w Pieszczanach, były montowane w ceramicznych walizkach wojskowych. Były, w przeciwieństwie do pierwszych z Pieszczan, również dość niezawodne. W ciągu tych lat technologia „Sayuza” rozwinęła się.
Potem przyszła liberalizacja i nagle udało nam się kupić „zachodnie” komponenty elektroniczne wyprodukowane w Chinach. Mimo to nie mieliśmy „zachodu” i rozleniwiliśmy się. Dzięki wyjątkom dyski SSD są kontrolowane przez kontrolery opracowane przez firmę Slováka, a Sygic jest również firmą słowacką.
Ale coś zawsze przyciągało mnie do rosyjskiej technologii. W końcu nie jest możliwe, aby te tysiące kompetentnych programistów rzuciły urządzenie „na siano”. I tak gdzieś w Internecie znalazłem Main News z ich doniesieniami o rosyjskim sprzęcie wojskowym. Zainteresowały mnie nawet rosyjskie filmy propagandowe o różnych Armatach, Iskanderach, „sukach”, a nawet okręt podwodny Kursk nie odstraszył mnie od obserwowania rozwoju rosyjskiej techniki wojskowej. Może dlatego, że na „zachodnim” było więcej postów propagandowych. Nawet Patrioci nie „zestrzelili” wszystkich Scudów wymierzonych w Izrael. A „trzydziestka piątka” jest trochę wolniejsza niż przeciętna „suka”.
Odczułem to dopiero niedawno. A uczucie było dość bolesne. Jak to możliwe, że para Ukraińców z „Stingerami” i „Oszczepami” na ramionach wytrzyma olbrzymią maszynerię rosyjskiego ciężkiego sprzętu? Że prawda technologiczna jest gdzie indziej?
Dobrze, że wyłączyli główne wiadomości…

„Całkowity ekspert w dziedzinie muzyki. Badacz Twittera. Miłośnik popkultury. Fanatyk telewizji przez całe życie”.
