Sankcje czy porozumienie? Łukaszenko wykorzysta wszelkie słabości w związku – mówi ekspert – Świat – Aktualności

„Rosja chętnie dolewa oliwy do ognia kryzysu, ale nie sądzę, żeby to, co się dzieje, było zaplanowane i przygotowane” – powiedział prawdę ekspert ds. bezpieczeństwa i migracji Artur Gruszczak z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Może rozwijać się granica unijna z Białorusią, do której reżim Aleksandra Łukaszenki wysyła tysiące migrantów i uchodźców.



Zdjęcie: ,

Migranci i uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej.




A co z teoretycznym scenariuszem, że Unia Europejska zniesie sankcje wobec Łukaszenki i jego ludzi? Czy przestanie wysyłać migrantów i uchodźców do swoich granic? Czy to byłoby łatwe rozwiązanie?

Nie sądzę. Istniejące sankcje dotyczą urzędników reżimu, ale nie powinny dotyczyć zwykłych Białorusinów. Zwłaszcza ci, którzy próbują uniknąć odwetu. Wielu aktywistów i studentów wyjechało do Polski, krajów bałtyckich i innych krajów Europy. Obecne kary są stosunkowo niskie. Nie wpłynęły zasadniczo na dietę. Gdyby UE miała je znieść, byłoby to tylko ustępstwem na rzecz autokraty Łukaszenki i innych. Mińsk i Moskwa reagują na rozwiązania dyplomatyczne, widząc w nich oznakę słabości, którą trzeba wykorzystać. Obawiam się, że zniesienie sankcji doprowadzi do silniejszego wzmocnienia Łukaszenki w jego działaniach hybrydowych.

WIDEO: Rosyjskie bombowce strategiczne patrolowały Białoruś.

Możliwe też, że Polska, Litwa i Łotwa zezwalają migrantom na wjazd na swoje terytorium. Państwa członkowskie UE mogłyby wówczas zgodzić się na rozpatrzenie ich wniosków o azyl i udostępnienie ich.

Obawiam się, że nie jest to rozwiązanie dla Unii, bo doprowadziłoby to do nasilenia procesów migracyjnych. UE nie posiada kompleksowej strategii, aby temu zaradzić. Musimy wziąć pod uwagę to, co dzieje się w krajach, z których pochodzą ludzie z granic Unii. Ale także fakt, że mamy kryzys przywództwa w UE i nie możemy podejmować decyzji. Polityka azylowa i migracyjna Unii jest w rozsypce. Jednak państwa członkowskie są zobowiązane do ochrony granic zewnętrznych i jest to ich odpowiedzialność. UE może pomóc, a Komisja Europejska już zadeklarowała gotowość do tego. Litwa poprosiła o pomoc, ale Polska jest sceptycznie nastawiona do zaangażowania Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej (Frontex).

Dlaczego rząd w Warszawie tego nie chce?

Frontex pełni wyłącznie funkcje wsparcia. Ostatnie raporty i dochodzenia doprowadziły do ​​zarzutów, że agencja na Morzu Śródziemnym była zaangażowana w wydalanie migrantów z Europy. Nie sądzę, by Frontex chciał być częścią czegoś podobnego na granicy polsko-białoruskiej. Bo to się tam dzieje. Jest to teren zamknięty, na którym ogłaszany jest stan wyjątkowy. Frontex mógłby być skuteczny w rozpatrywaniu wniosków azylowych, ale Polska tego nie chce. Polityka warszawska polega na zniechęcaniu migrantów do podejmowania takich próśb. Polski rząd chce kontrolować sytuację na granicy.

Warszawa odrzuca zaangażowanie Frontexu, ale wydaje się, że z zadowoleniem przyjmuje finansowanie przez Unię budowy muru granicznego. Przy okazji, Słowacja da Litwie sześć kilometrów ogrodzenia. Czy celem Polski jest zamknięcie granicy, aby zniechęcić migrantów?

Polska jest w bardzo trudnej sytuacji. Chciałby zamknąć granicę i odizolować Białoruś. Stwarza to jednak wiele problemów. Mówimy o 400-kilometrowej granicy z Białorusią. W wielu miejscach jest to trudny teren, a wybudowanie prawdziwego muru zajęłoby lata, a nie miesiące i sporo pieniędzy. Polska ma jednak obecnie napięte stosunki z Unią. Nie będzie mu łatwo pozyskać fundusze na poziomie UE. Jeśli chodzi o Polskę, to wciąż dyskutuje się o praworządności i problematycznej kontroli wykorzystania pieniędzy. Cały kryzys to dziwny ekosystem stworzony przez kilku aktorów. Mińsk, Warszawa, ale też Moskwa i do pewnego stopnia Ankara, ale zaliczmy też Brukselę i Berlin. A polski rząd był do pewnego stopnia zainteresowany zaostrzeniem konfliktu.

Z wewnętrznych powodów politycznych?

To kontrowersyjne twierdzenie, ale wydaje się, że polski rząd nie jest zainteresowany złagodzeniem kryzysu. Wybrała inną ścieżkę. Próbuje mobilizować ludzi, gdy mówi, jaka jest presja na Polskę. To typowe dla naszej kultury politycznej. Cieszymy się, że jesteśmy ofiarami. Tak jak kiedyś Polska była podzielona przez mocarstwa europejskie, tak teraz mówi się o niej, że padła ofiarą Brukseli, Moskwy czy Łukaszenki. Takie podejście pomaga bardziej spójnemu rządowi. Opłaca się również ciężka praca przeciwko migrantom. Polskie społeczeństwo niechętnie je akceptuje. Wyjątkiem są Ukraińcy, którzy podejmują pracę na rynku pracy, gdy gdzieś brakuje ludzi. Rząd stara się więc pokazać, jak skuteczny jest, gdy nie pozwala nikomu na wjazd do kraju. Chociaż można się zastanawiać, jaka jest skuteczna, gdy jest to jej cel. Tak, nie wypuściła migrantów, których przyjazd zorganizowała strona białoruska. Ale granica jest długa i przepuszczalna. W szczególności prorządowe media niewiele o tym donoszą, ale migranci wyjeżdżają do Polski i skutecznie ubiegają się o przynajmniej tymczasową ochronę międzynarodową.

Wrócę do reżimu w Mińsku i tego, jak poradzić sobie z tą sytuacją. UE przygotowuje nowe sankcje wobec Łukaszenki. Co mogli zmienić?

Okazuje się, jak trudno jest porozumieć się z dyktatorem. Nie sądzę, aby dalsze sankcje to powstrzymały. Ponadto Łukaszenka może zwiększyć presję na krajowe społeczeństwo obywatelskie. Białoruski dyktator jest powiązany głównie z migrantami, a UE podąża za scenariuszem prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana. A rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow bezpośrednio powiedział związkowi, że powinien zapłacić za zatrzymanie migrantów z dala od swojego terytorium.

I czy powinna to zrobić?

Oczywiście nie teraz. Ale wyobrażam sobie, że wkrótce rozpoczną się nieformalne negocjacje. Łukaszenka pokazał swoją siłę i będzie czekał na to, co zrobią Polska, Litwa, Niemcy i Unia.

Jaką rolę odgrywa Rosja w obecnym kryzysie? Kilku obserwatorów wskazuje, że problem wystąpił w okolicach Suwałk. Region ten jest strategicznie ważny dla opinii NATO o sąsiedniej rosyjskiej enklawie Kaliningradu.

Rosja chętnie dolewa oliwy do ognia kryzysu, ale nie sądzę, żeby to, co się dzieje, było zaplanowane i przygotowane. Przede wszystkim kryją się za tym starania Łukaszenki o utrzymanie się u władzy i niejako eksportowanie jego wewnętrznych problemów. Rosja wykorzystała konflikt do zwiększenia presji na Polskę, UE i Zachód. Testuje też NATO, aby zobaczyć, jak sojusz zareaguje na taki hybrydowy atak. Ale nie kojarzyłaby mi się z regionem pod Suwałkami i Kaliningradem. Wyobrażam sobie, że Rosja udzieli Białorusi wsparcia logistycznego, ale nie spodziewam się, że wyśle ​​wojska na granicę białorusko-polską.

Taki środek z pewnością oznaczałby wielką eskalację napięcia. Zwłaszcza w czasie, gdy Zachód ostrzega Rosję, by nie rozważała kolejnej wielkiej inwazji na Ukrainę.

Gdyby tak się stało, znaleźlibyśmy się w bardzo niebezpiecznej sytuacji. Nie sądzę, by Rosja chciała, aby kryzys wymknął się spod kontroli. Powiedziałbym nawet, że Moskwa będzie wywierać presję na Mińsk, aby temu zapobiec. Wystarczy, że Kreml ma problemy na granicach i europejscy politycy będą musieli się nimi martwić.

Milton Harris

„Ninja z ekstremalnych podróży. Pisarz. Bezkompromisowy praktyk zombie. Fanatyk popkultury. Student”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.